Rozpustne miejsca

Posted by: Jacek Godek | 3 years, 6 months ago | 2 comments

W Sadze Eryka Rudego, w drugim rozdziale znajduje się krótki opis jak to Eryk zabił Eyvinda Brudasa, a jego kuzyni z Jörvi wytoczyli o to Erykowi proces. Krótka informacja, jedna z wielu mniej zapadających w pamięć. Ale przecież jest nazwa gospodarstwa. Jörvi. Coś mi zabrzęczało ostatnio, kiedy spotkałem się z moją koleżanką z Melaskólinn. Auður Bjarnadóttir w sezonie teatralnym 94/95 stworzyła spektakl pod tytułem Jörfagleði. Zaciekawiło mnie to lekko i zacząłem drążyć temat. I gdzieś się pewno dodrążyłem, bo postanowiłem się tym urobkiem podzielić.

Jörvi albo Jörfi to nazwa gospodarstwa w Haukadalur w Dalasýsla. To na zachodzie Islandii, nad fiordem Hvammsfjörður. O gospodarstwie wspomina się także w Landnámsbók. Potem dopiero pojawia się na kartach dokumentów z XVI i XVII w. Zresztą jakże mogłoby być inaczej, wszak stał tam kościół, a przez dłuższy czas gospodarstwo było miejscem spotkania lokalnego thingu. Kościół zgodnie z katolicką tradycją poświęcony był Bogu, panience Maryi i świętemu krzyżowi, czyli narzędziu zbrodni. Zresztą na ziemiach należących do gospodarstwa spotyka się również nazwę Gálghamar, czyli Skała straceńców, co może świadczyć o tym, że kiedyś dokonywano tam egzekucji, pewno w związku z obradami thingu.

W Jörfi co roku odbywała się tzw. Jörfagleði. Co najmniej od XVII w. i na pewno do XVIII organizowano w gospodarstwie jesienne biesiady. Jakoś tak po ostatnich sianokosach. Kiedy najemni pracownicy zastanawiali się już nad zmianą pracodawcy. Na tych trwających  po kilka dni i nocy imprezach oddawano się rozmaitym uciechom, bo przecież głównie o to chodzi podczas tego typu uroczystości. A jakież były te uciechy?

Vikivaki. Taniec, którego tradycja przetrwała od średniowiecza po dziś dzień w całej Skandynawii. Polegał on na tym, że tańczący ustawiali się w kole, łapali się za ręce lub ramiona i przemieszczali dwa kroki w lewo, jeden w prawo. Towarzyszyły(ą) temu oczywiście przytupy i inne ozdobniki. Ale vikivaki to także pieśni śpiewane do tegoż tańca. Taka pieśń zazwyczaj posiada refren i nie bardzo szanuje aliteracyjności poezji skaldycznej. W najbardziej współcześnie znanej wersji vikivaki zwanej Ólafsvaka i organizowanej w ostatni weekend lipca na Wyspach Owczych zapiewajło stoi w środku kręgu i zawodzi. Ponieważ te pieśni opowiadają zawsze jakąś historię i bywają długie, w najbardziej dramatycznych momentach tupie się mocniej w podłogę. Tu mamy przykład takiego śpiewu z przytupem:

https://www.youtube.com/watch?v=QwfI6nvCShI

Tekst opowiada historię pewnego mężczyzny imieniem Olaf Liliowa Róża, który jadąc konno u podnóża skał dojeżdża do domu elfów, z którego wychodzi piękna kobieta, której chrześcijańska wiara nie jest droga i zaprasza go by wszedł do jej skały. On jej odpowiada, że nie chce mieszkać z elfami, woli wierzyć w Chrystusa. Wtedy dziewoja owa podchodzi do skrzyni i wyciąga z niej ostry miecz. Wbija go Olafowi w bok, a jemu kręci się w głowie. Patrzy jak serce krwawi, a krew cieknie na końskie kopyta. Po zaledwie trzech chwilach Olaf zmienił się w bladego trupa. I w ostatniej strofie śpiewający oświadcza, że ze swego wiersza układa krzyż, niechaj ma nas w opiece święta Maryja. 

Inną, arcyciekawą zabawą podczas tych uciech był hindarleikur (zabawa w łanie) polegający na tym, że kobiety i mężczyźni ustawiali się w szeregu i jedna z kobiet zwana łanią-matką podchodziła do mężczyzny, zawiązywała mu oczy, a potem prowadziła przed szereg kobiet, a facet wybierał sobie partnerkę. W zabawie tej faceci łosiami byli zwani. Tu się chyba do obecnych czasów nic nie zmieniło. Całej ceremonii towarzyszyła oczywiście specjalna pieśń, a kiedy łania-matka wszystkich już „pożeniła”, śpiewała czterowiersz zachęcający uczestników zabawy do pocałunków. 

Inne, popularne podczas tych uciech zabawy to hjartarleikur, czyli „zabawa w łosia” polegający na tym, że  jeden z mężczyzn przebierał się w łachmany i wpełzał na czworaka do sali. Na plecach miał drewniany krzyż, a na każdym ramieniu krzyża płonącą świecę lub pochodnię. Płatał zebranym kobietom różne psikusy i wychodził. Þórhildarleikur polegał na tym, że facet przebierał się za kobietę lub księdza, chwytał za rękę po kolei wszystkie kobiety i prowadził przed oblicze kolejnych mężczyzn, każąc płci pięknej dobierać sobie partnerów. „Ożeniwszy” w ten sposób wszystkich zebranych, wygłaszał wiersz, że nie lubi tej zabawy, gdyż ona go tylko męczy; wszyscy się całują, a on nie ma żadnych uciech.

Nie można się więc dziwić, że trwające zawsze kilka dni imprezy w gospodarstwie Jörfi, kończyły się orgiami. Wiadomo na przykład, że kiedy zorganizowano tę imprezę po raz ostatni, po dziewięciu miesiącach przyszło na świat dziewiętnaścioro nieślubnych dzieci. Inne źródła podają, że trzydzieścioro. Władzom oczywiście nie podobała się ta rozpusta.  Co najmniej dwukrotnie próbowały zabronić organizowania tych uciech. Najpierw w 1695 roku sýslumaður Björn Jónsson, ale uczynił to nieskutecznie. Potem Jón Magnússon w 1708 roku. Zresztą obaj panowie skończyli niepięknie. Björn wkrótce po wydaniu decyzji zmarł, a Jón stracił urząd z powodu cudzołóstwa i umarł w skrajnej nędzy. Mówiło się wtedy, że los Jóna świadczy o „gniewie elfów i opiekuńczych duchów, które także brały udział w tych uciechach.” Gwoli ścisłości dodajmy, że Jón był bratem Árniego Magnússona, tego samego który uratował setki starych manuskryptów starych sag islandzkich wykupując je z gospodarstw i wywożąc do Biblioteki Królewskiej w Danii.

Podobno służba czy najemni robotnicy rolni godząc się na posady w gospodarstwach jako jeden z warunków stawiali zezwolenie na udział w Jörfagleði. Już wtedy najwyraźniej rodził się ruch związkowy. Zresztą nie ma się co dziwić. Dziś także w korporacjach organizuje się imprezy integracyjne.

Pewna opowieść ludowa mówi o koniach, które tak bardzo się w gospodarstwie Jörfi czegoś wystraszyły, że uciekły w góry. Znane są co najmniej trzy zakończenia tej historii: pierwsza mówi o tym, że tam gdzieś utkwiły i nie były w stanie wrócić, druga że je zastrzelono, bo utknęły między skałami, a trzecia, że biegły dopóki nie spadły ze skał. Podaje się również kilka przyczyn dla których konie się tak zlękły. Mnie najbardziej podoba się wersja w której gospodarz miał rozebrać jakieś ruiny na dziedzińcu gospodarstwa i zbudować z odzyskanego kamienia stajnię. W czasach kiedy urządzano Jörfagleði w gospodarstwie mieszkała podobno starucha jakaś, wścibska i naprzykrzająca się, która szczególnie wtrącała się w styl życia młodych mężczyzn. Za to oni ją zabili i zasypali w ruinach. Dlatego nie należało ruszać ruin będących bądź co bądź grobem. 

Podobne biesiady organizowano także w innych islandzkich gospodarstwach i w różnych porach roku. Już wtedy bowiem gospodarze, czyli szefowie, wiedzieli że należy dbać o rozrywki dla najemnej siły roboczej, bo pracownik zrelaksowany to pracownik wydajny.

A jaki z tego  wszystkiego morał? Ano taki, że każdy kto zechce administracyjnie zabronić ludziom rozrywki nawet niemoralnej, źle skończy. Dedykuję to wszystkim zwycięzcom wyborów. 

 

Current rating: 5

Comments

Mateusz Wilk 3 years, 6 months ago

Wiele się nie zmieniło jeśli chodzi o rozrywki w ramach tzw. imprez integracyjnych :)

Link | Reply
Currently unrated

Jacek Godek 3 years, 6 months ago

W każdym razie duch pozostał ten sam :)

Link | Reply
Currently unrated

New Comment

required

required (not published)

optional

Recent Posts

Archive

2019
2018
2017
2016
2015

Authors

Jacek Godek (48)

Feeds

RSS / Atom

Friends: